image

New Highlights from Last Season in Turow!

Here are some highlights of last season with Turow Zgorzelec in Poland.  Music by Fulltime song is Determination!

Finał TBL. Skąd się wziął ten Terminator?

GoTorey i Bartosz po zwycięstwie w meczu nr. 5 w Gdyni - Zdjęcie: Wojtek Figurski Figurski.com.pl

26-letni Torey Thomas z PGE Turowa Zgorzelec, o którym przed sezonem mało kto słyszał, jest bohaterem finału Tauron Basket Ligi i przebija na razie Qyntela Woodsa, Daniela Ewinga czy Ratka Vardę. “Generał” lub, jak kto woli, “Terminator” w pięciu meczach z Asseco Prokomem Gdynia zdobywał po 17,8 punktu, miał po 7,6 asysty. Jego Turów prowadzi w finale 3-2 i jeśli wygra w piątek u siebie, to zostanie mistrzem Polski.

Thomas miał w tym sezonie wiele bardzo dobrych meczów – we wtorek trafił dwie trójki w dogrywce, którymi wytrącił mistrza z równowagi w zwycięskim dla Turowa mecz nr 5. Wcześniej, w wygranym drugim spotkaniu w Gdyni, zdobył aż 31 punktów i miał osiem asyst.

W półfinale z Treflem Sopot Amerykanin miał serię czterech kolejnych spotkań z minimum 20 punktami na koncie. W marcu, w wygranym po dwóch dogrywkach meczu w Poznaniu z PBG Basket rzucił 22 punkty i miał 10 asyst, grając przez 45 minut. Ponad 40 minut grał też z PBG w play-off (19 punktów i osiem asyst), a wcześniej z Polpharmą Starogard (26 i osiem) oraz Treflem (13 i osiem).

Pompował i pompuje. Naprawdę dużo

W tym sezonie TBL nikt nie grał więcej niż Thomas. Amerykanin wystąpił w każdym z 39 meczów Turowa (22 w rundzie zasadniczej, pięć w ćwierćfinale play-off, siedem w półfinale, pięć w finale – nie można było rozegrać więcej). Pod tym względem dorównuje mu czterech kolegów z drużyny, ale jeśli chodzi o liczbę minut – nikt. Thomas spędził na parkiecie aż 1249 minut. Kolejny pod tym względem koszykarz nie z Turowa, Jerel Blassingame z Energi Czarnych Słupsk, ma ich o ponad 200 mniej.

Serwis Eurobasket.com w charakterystyce Thomasa pisze m.in.

Wybitna kondycja fizyczna. Mocny, zbudowany tak dobrze, jak gracz NFL. Swoją kondycją podniesie poprzeczkę każdemu rywalowi.

Cytowany serwis znany jest z eksponowania zalet i tuszowania braków koszykarzy, ale akurat pod powyższymi stwierdzeniami podpiszą się wszyscy zawodnicy Prokomu. I nie tylko Prokomu…

Skąd niewysoki, mierzący 180 cm wzrostu Thomas ma tyle siły? – Podstawą były pompki, wykonywałem bardzo wiele rodzajów tego ćwiczenia – mówił Thomas tygodnikowi “Basket” na początku sezonu. – Dzięki temu sam sprawiłem, że byłem silniejszy, a potem jeszcze nabrałem masy na uczelni Holy Cross, gdzie bardzo pomogła mi współpraca z trenerem od przygotowania fizycznego.

Jednak fundamentem wszystkiego, co tyczy się mojej obecnej budowy, były właśnie pompki i do dziś każdego dnia wykonuję ich naprawdę dużo. Ja po prostu pracowałem na to naprawdę ciężko – dodawał koszykarz.

Twardy socjolog

Rozwój fizyczny szedł u Thomasa w parze z psychicznym – pochodzący z Nowego Jorku koszykarz twardości nabierał na słynnych asfaltowych boiskach metropolii. – Za najważniejszą rzecz, jaką dał mi Nowy Jork, uznaję twardość. Tam na każdym boisku gra tak wielu zawodników, że aby pozostać w grze, musisz być lepszy od pozostałych. To uczy nawiązywania rywalizacji – tłumaczył Thomas.

Nowy Jork dał mi twardą psychikę, wytrzymałość czy agresywność, ale to trenerzy sprawiają, że stajesz się dobrym koszykarzem, to oni – bazując na tych cechach – pomagają ci zostać dobrze wyszkolonym i sprytnym graczem. Ja nie mógłbym wybrać tylko jednego trenera, który miał na mnie największy wpływ, gdyż było ich kilku – dodawał Amerykanin w wywiadzie dla “Basketu”.

Thomas przez cztery lata studiował na Holy Cross, gdzie skończył socjologię i był czołowym koszykarzem drużyny. W ostatnim sezonie zdobywał po 13,7 punktu, miał po 4,7 zbiórki i asysty oraz 2,8 przechwytu na mecz. Po studiach próbował dostać się do NBA.

Uczestniczyłem w obozach New York Knicks, New Jersey Nets, Utah Jazz i Boston Celtics – opowiadał przed sezonem serwisowi Sportowefakty.pl. – Wiele się wówczas nauczyłem. Również tego, że NBA to nie tylko sport, ale także biznes i chyba najcięższa liga pod względem selekcji. Jest 30 zespołów i każdy z nich może mieć maksymalnie 15 graczy. To oznacza tylko 450 miejsc.

Żeby załapać się na jedno z nich musisz znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i do tego mieć jeszcze szczęście, bo takich jak ty jest co najmniej kilku. I dopiero na ostatnim etapie selekcji, czyli wspólnych treningach oraz meczach przedsezonowych, przydaje się twój talent czysto sportowy – tłumaczył Thomas.

Lider, czyli kotwica

Po nieudanej próbie dostania się do NBA przyjechał do Europy – grał w Turcji, Szwecji, Francji i Holandii, a tuż przed podpisaniem umowy z Turowem występował w Wenezueli. Był czołowym koszykarzem lig szwedzkiej i holenderskiej – w poprzednim sezonie w Matrixx Magix Nijmegen rzucał po 16,5 punktu, miał po 5,9 zbiórki, 6,8 asysty oraz 2,9 przechwytu.

Turów, po nieudanym poprzednim sezonie, w którym zespół odpadł w ćwierćfinale play-off, budował na obecne rozgrywki nowy zespół. Odpowiedzialni za szukanie graczy trener Jacek Winnicki i dyrektor sportowy Waldemar Łuczak zdecydowali, że jako rozgrywającego chcą mieć w Zgorzelcu Thomasa. I to był strzał w dziesiątkę!

Przed przyjazdem do Zgorzelca z trenerem rozmawiałem kilkakrotnie przez telefon – mówił Amerykanin. – Szkoleniowiec nakreślił mi z grubsza swoją wizję i powiedział, żebym nastawił się psychicznie na to, że będę liderem zespołu – pierwszym rozgrywającym i kotwicą dla drużyny. Kotwicą, która pomoże zespołowi zaczepić się w czołówce ligi – tłumaczył Thomas.

Chciałbym, żeby Polska była trampoliną dla mojej kariery – dodawał koszykarz przed rozpoczęciem gry w Turowie. – Takim katalizatorem, pedałem gazu, przyspieszaczem. Chciałbym, żeby występy w tej lidze sprawiły, że moja kariera nabierze rozpędu. Uważam, że posiadam umiejętności pozwalające mi na grę w Polsce na dobrym poziomie.

Posiada, udowadnia to od miesięcy. Thomas posiada też duszę społecznika – prowadzi świetną stronę internetową, udziela się w lokalnych akcjach, pomaga potrzebującym i w USA, i w Polsce. Jest kimś więcej niż tylko koszykarzem.

Odpowiedni czas, miejsce i drużyna

Na początku sezonu trudno było sobie jednak wyobrazić Thomasa w takiej roli – wydawał się jednym z wielu anonimowych zawodników, którzy co roku przyjeżdżają do Polski. Nie imponował ani talentem strzeleckim, ani błyskotliwym podaniem, ani charyzmą na boisku, ale grał dobrze. Bardzo dobrze. Równo. Solidnie. Świetnie. Turów, mimo początkowych wpadek, wygrywał, a Thomas rzadko zdobywał mniej niż 10 punktów, sporadycznie schodził poniżej czterech asyst. Miał sporo przechwytów i zbiórek.

Zaskakiwał szczególnie w tym ostatnim elemencie – Thomas średnio zbierał 4,3 piłki w meczu, co jak na rozgrywającego jest wynikiem świetnym. – Zbiórki to kluczowy aspekt dla mojej gry – przyznaje Thomas. – Przyzwyczaiłem się, że jestem niedoceniany w tej kategorii, ale wydaje mi się, że mam nosa do zbiórek. Po prostu czuję piłkę, umiem przewidzieć, w jaki sposób odbije się od obręczy.

O swojej grze Thomas mówi w ten sposób: – Podoba mi się to, że jednocześnie mogę łączyć wiele elementów, zaczynając od defensywy, zbiórki, przez kreowanie akcji i na zdobywaniu punktów lub asystowaniu kończąc. Moja wszechstronność to przede wszystkim ciężka praca, wytrwałość i miłość do koszykówki połączona z talentem danym od Boga.

Z anonimowego koszykarza Thomas przeobraził się w pierwszoplanową gwiazdę ligi, niesamowitego lidera Turowa. Trafił do drużyny, której twardy, defensywny styl gry narzucony przez trenera wykorzystuje jego możliwości, gdzie role są dobrze podzielone, a popisy gwiazd zastępuje zespołowość. A zadaniem Thomasa jest kierowanie tym zespołem.

To idealna sytuacja dla kogoś, kto jako motto pisze na swojej stronie internetowej: Aspiruję do tego, by inspirować innych.

Jesteśmy w bardzo dobrym położeniu

Finałowa rywalizacja nabrała rumieńców po tym jak w drugim meczu w Gdyni lepsi od Asseco Prokomu okazali się koszykarze PGE Turowa Zgorzelec. Gości do zwycięstwa poprowadził fenomenalny Torey Thomas, który zdobył aż 31 punktów, a jego gra przypominała momentami tą rodem z NBA. Teraz przed Amerykaninem i całym zespołem Turowa niepowtarzalna szansa, czyli dwa mecze w domu, które mogą okazać się kluczowe. Sam koszykarz opowiada o przygotowaniach do najważniejszych spotkań sezonu specjalnie dla portalu SportoweFakty.pl.

Michał Fałkowski: Jak się czułeś, gdy rozbrzmiała końcowa syrena drugiego finałowego meczu w Gdyni?

Torey Thomas: Świetnie. Naprawdę świetnie. Kiedy zegar przestał odliczać ile minut, sekund pozostało do naszego zwycięstwa, dopiero wtedy poczułem, że wygraliśmy to spotkanie, które może okazać się bardzo istotne dla ostatecznego rozrachunku. To były naprawdę dobre zawody w naszym wykonaniu i mówię tutaj o całym zespole. Wszyscy zagrali na wysokim poziomie.

Jednocześnie wszyscy byli tłem dla ciebie…

– Nie powiedziałbym, ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zagrałem naprawdę dobre spotkanie… Tak, to był świetny mecz w moim wykonaniu, ale nie byłoby tego bez pomocy kolegów z zespołu. Oni umożliwili mi taką grę, jaką lubię. Dostawałem bardzo dobre zasłony, miałem sporo miejsca do rzutu. Mam wrażenie, że każdy starał się jak tylko mógł, by ułatwić mi kreowanie akcji.

Czy to był twój najlepszy mecz w życiu?

– Tak, tak sądzę, że to mógł być mój najlepszy mecz w karierze, ale chyba nie ze względu na statystyki (Torey Thomas miał w tym meczu 31 punktów, 11 fauli wymuszonych, 8 asyst, 5 zbiórek i 3 przechwyty), ale ze względu na rangę. W końcu to drugi mecz finału, który, tak jak zdążyłem już powiedzieć wcześniej, może okazać się kluczowy dla losów rywalizacji.

W pierwszym meczu Asseco Prokom pokonał was dość gładko, w pewnym momencie drugiej połowy wypracowując sobie kilkanaście oczek przewagi. W drugim to wy nie pozostawiliście żadnych złudzeń. Co zmieniło się w waszych głowach przez te kilkanaście godzin dzielące oba mecze?

– Przede wszystkim nastawiliśmy się na agresywniejszą grę. W pierwszym meczu byliśmy bardzo pasywni i to gospodarze kontrolowali przebieg spotkania i nawet kiedy przegrywali, a były takie momenty w pierwszej połowie, to i tak czuli się bardzo pewnie. Ponadto zdecydowanie lepiej zaprezentowaliśmy się w walce o zbiórki i nie pozwoliliśmy gdynianom powielać zbyt wielu akcji, tak jak to było w pierwszym meczu.

To wszystko złożyło się na fakt, że idealnie kontrolowałeś tempo gry i w bezpośrednim pojedynku zostawiłeś daleko w tyle rozgrywających Asseco Prokomu…

– Nigdy nie jest moim celem jakakolwiek rywalizacja z rozgrywającymi drużyny przeciwnika na poziomie indywidualnym. Wszystko musi rozstrzygać się w ramach całego zespołu. Gdybym do każdego meczu miał podchodzić w ten sposób, że koncentrowałbym się tylko na pojedynkach jeden na jednego z innym playmakerem, nic dobrego by to nie przyniosło. Tego nauczono mnie bardzo dawno temu i nic w tej kwestii się nie zmieniło.

Po meczach w Gdyni jest 1-1. Jesteś zadowolony z tego, co osiągnęliście?

– Taki był plan. Mieliśmy wygrać w Gdyni przynajmniej jedno spotkanie, by zabrać rywalom przewagę własnego parkietu. Oczywiście przede wszystkim walczyliśmy o dwie wygrane, ale jedno zwycięstwo satysfakcjonuje nas w pełni. Nie ma teraz sensu rozmyślać czy byłoby możliwe wygranie dwóch spotkań z Asseco Prokomem u nich w hali. Najważniejsze, że przed meczami w Zgorzelcu jesteśmy w bardzo dobrym położeniu.

Macie wielką szansę przechylić szalę na swoją korzyść…

– Dokładnie tak. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że drugi mecz w Trójmieście uchylił przed nami drzwi do mistrzostwa. Teraz pytanie brzmi czy będziemy na tyle silni, że po dwóch meczach w Zgorzelcu otworzymy je na oścież i potem będzie nam brakowało tylko postawienia “kropki nad i”. Ja wierzę, że to jest jak najbardziej możliwe. Jestem pewny niemalże na 100 procent, że wygramy dwa mecze w domu.

Myślisz, że taka gra jak z meczu numer dwa wystarczy, by pokonać Prokom dwukrotnie u siebie?

– Myślę, że tak, pod warunkiem, że to będzie nasza najsłabsza postawa. To znaczy, nie może się zdarzyć tak, że zagramy gorzej od tego poziomu, który zaprezentowaliśmy w Gdyni. Nie możemy zapominać, że Prokom to naprawdę klasowy zespół, który wychodził z niejednej opresji. Dlatego każda chwila dekoncentracji może być dla nas zabójcza. Wydaje mi się jednak, z tego co widzę po moich kolegach, trenerach, że wszyscy jesteśmy głodni zwycięstw i zamierzamy po prostu wygrać te dwa mecze!

A nie dostrzegasz żadnego ciśnienia czy nerwowości w zespole? W końcu szansa, która się przed wami otworzyła, powoduje presję, która będzie zdecydowanie większa niż przed dwoma pierwszymi meczami finału.

– Nie, nie widzę nic takiego. Nie sądzę, by ktokolwiek z moich kolegów bał się gry w zbliżających się meczach. Jasne, jakaś presja zawsze jest, bo to nieodłączny element bycia koszykarzem, ale spokojnie. My jesteśmy tutaj po to, by rywalizować, to jest nasza praca i na pewno damy sobie radę. Przed sezonem chcieliśmy zajść tak daleko, jak tylko się da. Teraz gramy w finale, jest 1-1… Naprawdę nie mamy nic do stracenia, a wszystko możemy wygrać.

Największa odpowiedzialność ciąży na twoich barkach, ale podczas sezonu już nieraz pokazywałeś, że lubisz grać pod presją…

– Tak, to jest to, co naprawdę lubię w koszykówce. Czasami jest tak, że człowiek nie może się należycie skoncentrować, nie umie znaleźć motywacji na mecze z drużynami słabszymi, ale gdy przychodzi do pojedynków z lepszymi – wyzwalają się w nim zupełnie inne emocje. Cały sezon walczyliśmy z różnymi przeciwnościami losu i zawsze dawaliśmy sobie jakoś radę. Poza tym ja nie jestem rozgrywającym pierwszy sezon, ale któryś z kolei i do odpowiedzialności na swoich barkach jestem przyzwyczajony.

Jak przygotowujesz się do tego typu spotkań? Masz jakiś swój plan dnia, rytuały?

– Nic specjalnego. Dzień meczu zawsze zaczynam treningiem strzeleckim, następnie idę do domu, jem jakiś posiłek i ucinam sobie drzemkę. Wtedy regeneruję swoje ciało i po przebudzeniu wiem, że jestem gotowy do gry.

Energa Czarni także remisowali z Asseco Prokomem 1-1 po dwóch meczach w Gdyni, by potem przegrać kolejne trzy i odpaść z gry o finał. Co musicie zrobić, by nie powielić błędów słupszczan?

– Myślę, że część z nich po prostu zbyt szybko uwierzyła, że mogą pokonać Prokom dwukrotnie u siebie. I to ich zgubiło. Z nami tak nie będzie.

A zatem zobaczymy za kilka, kilkanaście dni Torey’a Thomasa ścinającego siatkę z obręczy w hali w Zgorzelcu lub Gdyni?

– To jest mój cel i głęboko wierzę, że mogę go zrealizować.

On jest gwiazdą finałów TBL

Nieznany przed tym sezonem Torey Thomas był bohaterem PGE Turowa Zgorzelec w drugim meczu finału z Asseco Prokomem.

Nikt w Zgorzelcu nie mówi o nim inaczej, jak po prostu Torey. Thomas to nie tylko dobry koszykarz, ale także osoba, która bardzo angażuje się w działania, mające na celu pomoc lokalnej społeczności. Wszystkie informacje na jego temat można znaleźć na stronie internetowej gotorey.com. Na każdym meczu na trybunach łatwo dostrzec grupkę fanów w koszulkach z jej logiem. Torey często przeprowadza… wywiady z kolegami i rywalami. – Zacząłem zajmować się nagrywaniem wideo, gdy tylko uruchomiłem stronę. Spodobało mi się robienie wywiadów i możliwość złapania pamiętnych momentów nie tylko z meczów. Robię to tak, jak czuję – zapewnia.

Troszczy się o innych

Kilka tygodni temu Torey przekazał na aukcję charytatywną buty z autografem. Często gościł także w zgorzeleckich placówkach młodzieżowych, w trakcie Walentynek uczestniczył w konkursie… całowania. – Ja mam to szczęście, że mogę zarabiać na życie grając w koszykówkę, co po prostu kocham. Niestety, wiele osób los ciężko doświadczył, więc jeśli tylko mam okazję im pomóc, lubię to robić. Taki już jestem. Przebywam w gościach i chcę poznawać ten kraj. Chciałbym, by ludzie postrzegali mnie jak gracza, który troszczy się nie tylko o siebie i swoją pracę, ale także o innych. Angażowałem się w podobne akcje praktycznie w każdym kraju, w którym występowałem, ale nigdy na taką skalę jak w Polsce – opowiada Torey.

Podróże to mordęga

Zgorzelecki klub nie po raz pierwszy ma szczęście do Amerykanów sprowadzonych z krajów Beneluksu. Kilka lat temu z Belgii do Turowa trafił Thomas Kelati, który obecnie zarabia miliony w Rosji. W Polsce ożenił się, dostał obywatelstwo i zagrał w biało-czerwonych reprezentacyjnych barwach. Torey pewnie nie planuje szukać u nas małżonki, ani składać wniosku o polski paszport, ale świetną grą w Turowie może zapewnić sobie zdecydowanie bardziej intratną pracę. 26-latek przed przyjazdem do naszej ligi występował przez dwa lata w Holandii, gdzie był jednym z najlepszych zawodników. Tamtejsza ekstraklasa powoli stawała się dla niego „zbyt ciasna”, więc nic dziwnego, że szukał nowych wyzwań. W Turowie szybko stał się liderem drużyny. Nie miał żadnych kłopotów z przystosowaniem się do silniejszej ligi. Dziennikarze wybrali go na MVP rundy zasadniczej. – Największym problemem były odległości i podróże autobusem. Ostatnio grałem przecież w Holandii, która jest mniejszym krajem i najdłuższy wyjazd to niecałe trzy godziny. Tutaj jest zupełnie inaczej. Wyprawa do Gdyni czy Sopotu to 10 godzin w jedną stronę – narzeka.

W play-off Tauron Basket Ligi problemem Turowa nagle stał się brak zmiennika na pozycji rozgrywającego. Rezerwowy Ivan Koljević niespodziewanie wyjechał z Polski, więc podstawowy playmaker na parkiecie musiał spędzać średnio 33 minuty. A przecież Turów w ćwierćfinale z PBG Basketem Poznań i półfinale z Treflem Sopot rozegrał w sumie 12 spotkań. – Nie jestem zmęczony. Żywię się każdym momentem na parkiecie – śmieje się koszykarz. – Jestem tutaj po to, by grać, więc nie będę się tłumaczył nadmiarem meczów – dodaje. W drugim spotkaniu finału z Prokomem w Gdyni Torey zdobył 31 punktów i miał osiem asyst. To jego najlepszy indywidualny występ w sezonie. – Zawsze jest możliwość poprawy – zauważa. Mógł narzekać przede wszystkim na skuteczność z gry. Trafił co prawda kilka rzutów z ekwilibrystycznych pozycji w tłoku podkoszowym, ale w sumie spudłował 11 z 19 prób.

Pozostać agresywnym

– W play-off decyduje głównie to, kto potrafi dostosować się do sytuacji i dokonać zmian w swojej grze w trakcie serii. Każdy mecz to inna historia, a kluczem do wygrania kolejnych będzie utrzymanie naszej agresywności na podobnym poziomie. W Gdyni pokazaliśmy naprawdę twardą defensywę, przez co mogliśmy zdobyć dużą przewagę. Wiemy jednak, że rywali stać na seryjne zdobywanie punktów, więc w meczu z Prokomem nie można odpuścić nawet na chwilę i trzeba pilnować zwycięstwa do końca. Chodzi przecież o to, kto wygra cztery mecze i tylko o tym myślimy – zapewnia koszykarz Turowa.

Artykuł w Basket News: Grający w Polsce nie gęsi – i swoje strony mają

Artykuł ukazał się w 313 numerze tygodnika Basket News z 3 Marca 2011 roku.

Przeżywające od dłuższego czasu wielki okres popularności Facebook czy Twitter już nie wystarczają. Punktem obowiązkowym grających za oceanem najlepszych koszykarzy świata są wielofunkcyjne strony internetowe będące prawdziwymi platformami komunikacyjnymi. No to mamy takie również w Polsce.

Wszystko zaczęło się od  Toreya Thomasa, który chcąc pozostawać w stałym kontakcie ze swoją rodziną oraz bliskimi, postanowił założyć profesjonalną stronę internetową. No i zaczęło się kręcenie filmów, nagrywanie wywiadów, pisanie tekstów, wynajdowanie zdjęć. Jeśli dodać do tego aktywność na docierającym do każdego zakątka świata Facebooku oraz mnóstwo krótkich wiadomości tekstowych namiętnie rozsyłanych nie tylko przez sportowców na całym świecie, lecz również celebrytów, otrzymujemy pełen marketingowy pakiet, który w świadomości sportowych kibiców sprzedaje się całkiem nieźle. Oprócz Thomasa swoją stronę internetową od niedawna ma także George Reese z AZS- u Koszalin, a w trakcie przygotowania własnej jest Chris Burgess z Zastalu. Polacy, oprócz Marcina Gortata, podobnych praktyk nie stosują. Większość ma Facebooka, lecz tylko nieliczni tak ukochanego przez m.in. koszykarzy NBA Twittera. W Polsce są za to blogi. Co prawda, w większości przypadków z ich inicjatywą wychodzili pracownicy klubu, którzy chcieli w ten sposób zbudować więź pomiędzy kibicami a drużyną, lecz zdarzają się również wyjątki. Chris Burgess swój osobisty internetowy dziennik założył lata temu i po przyjeździe do Zielonej Góry nic się nie zmieniło. Jeśli nie wystarczają wam informacje odnośnie waszych ulubionych klubów lub koszykarzy zawarte w portalach internetowych czy też mediach tradycyjnych, na tych stronach możecie napotkać na niejedną wisienkę.

Torey Thomas – zawodowy koszykarz oraz zawodowy bloger

Strona internetowa Toreya Thomasa z Turowa Zgorzelec zrobiła jak do tej pory najwięcej szumu. Prawdopodobnie dlatego, że prowadzona jest z niesamowitą pieczołowitością. Sam Thomas przyznaje zresztą, że temu, jak wygląda jego strona internetowa, poświęca prawie tyle samo wysiłku, co zajęciom koszykarskim. Strona Thomasa jest najbardziej rozbudowaną spośród tych, które prowadzą koszykarze TBL. Oprócz pozycji obowiązkowych, czyli krótkiej biografii czy informacji o przebiegu sportowej kariery Thomas umieszcza na niej wpisy, wideo-relacje własnej roboty (np. świetna relacja z Meczu Gwiazd w Kaliszu, wywiady po angielsku z zawodnikami Turowa, zgorzelecka wersja MTV Cribs), zdjęcia z każdego rozegranego meczu czy poświęcone mu artykuły (z obowiązkowym tłumaczeniem na język angielski). Nie brakuje tam odnośników do oficjalnych kont gracza na Twitterze czy Facebooku oraz informacji statystycznych odnośnie ostatniego występu. Wszystko bardzo ładnie opakowane, nowoczesne, pełne wizualizacji. Po prostu palce lizać.

Official website of Torey Thomas

George Reese – to się ogląda!

Lider AZS-u Koszalin dopiero ruszył ze swoim nowym najnowszym dzieckiem (długo oczekiwana premiera nastąpiła 26 lutego), a już robi furorę. Jego strona internetowa nie różni się niczym od witryny Toreya Thomasa oprócz rzeczy oczywistych – kolorystyki oraz szczegółów związanych z Akademikami oraz jego ukochanym Ohio State. Reese specjalizuje się w przeprowadzaniu wywiadów nie tylko ze swymi kolegami z drużyny. Przed spotkaniem z Kotwicą (które ostatecznie nie doszło do skutku) nagrał i zamieścił na swej stronie oraz oficjalnym kanale na YouTube rozmowy z Igorem Miliciciem, któremu brakuje dwóch asyst do prześcignięcia Tomasa Pacesasa na liście najlepszych podających PLK oraz Tedem Scottem, królem strzelców TBL, który pochodzi z tego samego stanu co Reese – Ohio.

Official Website of George L. Reese

Chris Burgess – maszyna do blogowania

Gwiazda Zastalu prowadzi swój blog od 2008 roku. Jego posty to prawdziwe wypracowania. Pełno w nich spraw pozaboiskowych, które kibiców interesują szczególnie. Burgess szczegółowo opisuje Walentynki spędzone w towarzystwie żony, zamieszcza zdjęcia ze swoich rodzinnych wakacji, opisuje zabawy z dziećmi. Wszystko profesjonalnie „opakowane”, lecz – uwaga – tylko dla szybko czytających. Teksty Burgessa są tak długie (tylko w języku angielskim), że aby się w nie zagłębić, potrzeba godzin wolnego czasu. Jeśli ktoś je ma, kocha koszykówkę a w szczególności Zastal Zielona Góra, to warto.

Official Website of Chris Burgess

Cameron Bennerman, czyli Amerykanin po polsku

Najlepszy strzelec Czarnych Słupsk prowadzi swojego bloga na oficjalnej klubowej witrynie energa-czarni.pl. Niestety, o ile wena Bennermanowi wyraźnie dopisuje (podczas subiektywnej relacji z Meczu Gwiazd w Kaliszu wyraził swoje niezadowolenie z powodu startu w konkursie „zawodowca” spoza ligi), o tyle nie można tego powiedzieć o administratorach strony. Niektóre wpisy Bennermana są tłumaczone, niektóre nie. Jedne mają tytuły po polsku, inne po angielsku. Pomysł świetny, wykonanie do poprawki.

Cameron Bennerman blog on Czarni website

Brian Gilmore, czyli internetowy post

Podobnie jak Bennerman, swój „kącik zwierzeń” na oficjalnej stronie Polpharmy Starogard Gdański ma skrzydłowy drużyny Brian Gilmore. Amerykanin jest w swych wpisach wylewny oraz zabawny, lecz porcje swego piśmienniczego talentu dozuje od święta. Do tej pory napisał cztery posty – ostatni po zdobyciu przez Polpharmę Pucharu Polski. Co dziwne, dwa są w języku angielskim, a dwa w polskim.

Official website of Brian Gilmore

Maciej Raczyński, czyli zielonogórski „Raczek”

Naczelnym blogerem beniaminka jest „Raczek”. Polak ma na forum kibicowskim Zastalu „Zastal okiem kibica” swoją zakładkę, w której umieszczone są jego wpisy oraz zdjęcia – jak do tej pory cztery, ostatni pochodzący z okresu świąt Bożego Narodzenia.

Maciej Raczynski Blog on Zastal website

Szczerość nie popłaca – blog Brandona Crone’a

Dwa sezony temu Kotwica Kołobrzeg zakontraktowała Amerykanina Brandona Crone’a. Ten biały rzucający wśród polskich kibiców zaskarbił sobie wielką sympatię nie tyle wyczynami boiskowymi, co bezpośrednimi, bardzo osobliwymi wpisami na swoim blogu, który założył w 2007 roku głównie po to, aby utrzymywać kontakt ze znajomymi ze swojej uczelni.

Po przyjeździe do Polski Crone nie miał zamiaru zaprzestać prowadzenia swojego internetowego dziennika – wręcz przeciwnie. Jako że najwyższą wartością Crone’a było pisanie prawdy, samej prawdy i tylko prawdy, Amerykanin opisywał także sytuację organizacyjno-finansową klubu z Kołobrzegu, która nie była wówczas najlepsza. A to nie spodobało się władzom klubu. Crone, który kolejnymi wpisami uchylał rąbka zakulisowych tajemnic, o których „nie powinny” dowiadywać się osoby trzecie, przez swojego bloga wzniecił taką nawałnicę, że jego twórczości swego czasu postanowiliśmy poświęcić nawet osobny artykuł.

Crone w wielu spotkaniach Kotwicy pauzował z przyczyn bliżej nieokreślonych (tłumaczonych oficjalnie kontuzją), w trakcie sezonu został zwolniony – a raczej z Polski po prostu wyjechał. Bloguje do dzisiaj. Tytuł jego ostatniego wpisu to „Szukam pracy” i pochodzi z września 2010 roku. Jeśli ktoś chce wiedzieć, co słychać u persona non grata Kotwicy, oto adres jego bloga: http://croneball.blogspot.com

RSS Feed

Subscribe to my RSS and stay informed about the latest news from my site!

Categories

Archives